
Stefan Ciechanowicz
Nazywam się Stefan Ciechanowicz.
Jestem architektem, który projektował to Osiedle wspólnie z moim kolegą Tadeuszem Kobylańskim, nieżyjącym już.
Po ukazaniu się artykułu w Sztandarze Młodych mówiącego, że młodzi robotnicy budują sobie mieszkania, redakcja została zasypana listami i odwiedzinami ludzi, którzy pracowali w Warszawie w różnych zakładach, chcieli się dowiedzieć, gdzie znajduje się organizacja, która buduje to Osiedle.
Read the full interview (in Polish, 30 min read)
Artykuł napisali młodzi redaktorzy pisma Edward Goskrzyński i Ewa Wacowska, którzy chcieli przyciągnąć czytelników i wysnuć być może wizję przyszłości. Ta dziennikarska fikcja poskutkowała tym, że młodzież pracująca w około siedmiu większych zakładach przemysłowych Warszawy, jak FSO, WFM, Róża Luksemburg, „Waryński”, „Dom Słowa Polskiego”, zgłosiła się jako chętna do działania. Młodzi nie mieli gdzie mieszkać, przemieszkiwali po osiem, dziewięć osób w wynajętych kątach. Ja sam wtedy mieszkałem w służbówce u mojej ciotki. Zapisać się nie było do kogo – do redakcji?
Wobec takiego odzewu redaktorzy postanowili udać się do prezydium Rady Ministrów. Znam to z opowiadań. W Polsce nie było wówczas, po wojnie, spółdzielczości mieszkaniowej. Jest listopad 1956 roku, czyli ponad 10 lat po wojnie. Była ruchawka partyjna, polityczna. Gomułka wracał z internowania, skierowano ich do Komitetu Centralnego, bo to sprawa polityczna. W końcu po kilku nieudanych próbach redaktorzy poinformowali ludzi, na łamach pisma, że nie ma możliwości zapisania się wówczas na mieszkanie i że był to artykuł, który na końcu zawierał informację, że to projekt hipotetyczny, w istocie nieaktualny.
Współautor tekstu, Edward Goskrzyński, był w partii i jedyną możliwością powrotu do tej sprawy i dostania się do osób decyzyjnych w KC w sprawie pomocy młodym ludziom, którzy chcą sobie budować mieszkania, było wykorzystanie jego politycznej przynależności do partii. Goskrzyński był w redakcji szefem komórki partyjnej. Rezultat był taki, że wyznaczono mu wizytę u pani, towarzyszki, bo to taka „ciota” rewolucji Pawlak-Finderowa, wdowy po Finderze, przywódcy PPR-u, który w czasie wojny został zamordowany na ulicy. Przez kogo został zabity do dzisiaj nie wiemy. Osiedle, wedle tekstu artykułu, było formowane z materiałów z gliny, formowanych własnymi rękami. W tych powojennych czasach było to logiczne. Zaczęli szukać ludzi, którzy znają się na takiej budowie.
Tak się złożyło, że ja wtedy byłem młodym inżynierem, kilka lat architektem i wcześniej wziąłem takie zlecenie, bo nikt w biurze projektowym nie chciał, aby zaprojektować budynek doświadczalny z gliny na terenie, gdzie będzie glina. A glina taka była na terenie szpitala w Tworkach, to był sad w Markach, który obejmował również budynki szpitalne. No i w 1956 roku ten budynek kończył się już wtedy budować. To był budynek troszkę większy od tego (Szklanych Domów 7a), dwupiętrowy i rzeczywiście z materiałów z gliny. Ponieważ ja byłem właściwie przed skończeniem architektury w pracowni konstrukcyjnej, byłem projektantem tego budynku, architektury i konstrukcji. W ogóle, wszystkie prawie branże obejmował mój projekt. Był całościowy. W tej sytuacji, oni idąc do tej cioty rewolucji zaprosili i mnie. No i tak we trójkę poszliśmy do KC. To był przełom listopada i grudnia 1956 roku.
W tym KC to oczywiście przeszliśmy przez te wszystkie bramki i rewizje i osobiste i nie. Wreszcie dotarliśmy, to było czwarte piętro, do „cioty” rewolucji czyli do Pawlak-Finderowej. To była pani taka pod sześćdziesiątkę i zajmowała się sprawami ekonomicznymi i takimi, które dotyczyły również młodych organizacji, więc i ZTMP, które wówczas właściwie się rozsypywało.
Pierwsza wizyta i spotkanie z nią nie dało od razu rezultatu. Ona musi to omówić. Wyznaczyła nam następną wizytę. Na kolejnym spotkaniu to Goskrzyński i Wacowska przekazali informację, że młodzież, ta robotnicza w fabrykach, organizuje się wspólnie i jeżeli nie będzie takich możliwości mieszkania dla nich to oni wyjdą na ulicę, znaczy komuniści w komunistycznym państwie wyjdą protestować. To było dla ówczesnej władzy niedopuszczalne. Goskrzyński przedstawił mnie jako projektanta, który z gliny może zaprojektować to wszystko, tylko tej zgody na spółdzielnię mieszkaniową brakuje. To ona za telefon czerwony, bo tam kilka telefonów na stole było i mówi: „Stefan, do ciebie zgłoszą się tutaj redaktorzy, masz wydać natychmiast zgodę na powstanie robotniczej spółdzielni mieszkaniowej, a ja tutaj jeszcze ustalę warunki”.
A warunki były takie: my mamy tylko produkować materiały a więc cegłę, jakieś bloki itd. Cement możemy kupić tylko w CRS-ie (Centrala Rolnicza – Samopomoc Chłopska). Ta centrala rozprowadzała również materiały wśród chłopów, którzy się mogli budować. No więc cement tam, belki żelbetowe do stropów tam, natomiast reszta, ściany, wypełnienia stropów, te pustaki, to wszystko mamy sobie zorganizować.
To znaczy trzeba powołać przedsiębiorstwo. W każdym razie na przełomie grudnia i stycznia powstaje Robotnicza Spółdzielnia Mieszkaniowa.
Warunek jest to, że to robotnicy będą członkami Spółdzielni i oni wniosą swój samodzielny wkład, urlop poświęcą na produkcję tych materiałów.
Następuje organizacja wiat na osiedlu, gdzie będzie ta produkcja, gromadzenie materiałów, cementu. To przydziałowy jakiś był. Norma była na produkcję materiałów. Zaczyna się ruszać ta sprawa. Wtedy też powstał pomysł, że cegła rozbiórkowa nam się przyda. W Warszawie nie ma już cegły rozbiórkowej. Tylko mielony gruz i pustaki muranowskie. Cały Muranów to był gruz, który po getcie został. Ja wtedy byłem członkiem rady nadzorczej tej nowej spółdzielni i postanawiamy, że będziemy szukać. Będziemy rozbierać cegłę i ją zwozić do Warszawy.
Okazuje się, że w Kostrzyniu nad Odrą są forty poniemieckie do rozbiórki. Bardzo dobre cegły. Postanawiamy jechać do Kostrzynia, tam zorganizować pobyt dla grupy robotników, która przyjedzie z Warszawy. Będzie rozbierać i od razu na lorę tę cegłę rozbiórkową układać i ona przyjedzie tu do Warszawy. I tak, zaraz po miesiącu mieliśmy cegłę rozbiórkową, a cegłę cementową, którą robiliśmy sami tutaj na Osiedlu.
Projekty były tak pomyślane, aby od zewnątrz była cegła cementowa, licówka, a od środka pustaki albo pełne bloki, które były produkowane w naszych wiatach. No i organizuje się własne wykonawstwo. Tu pomysł Ministerstwa się urywa, bo to ten teren do Garwolińskiej jest teren jest przeznaczony pod mieszkaniowe budownictwo dla szpitala, personelu szpitala, a ta druga połowa to gospodarstwo rolne, bo działka jest już dla nas w tym kwatermistrzostwie wyznaczona. Edward (Goskrzyński) miał jakieś znajomości i wojsko odstąpiło od planów budowy mieszkań dla personelu. Z tego co wiem była rozmowa i argument, że młodzi podniosą szum, że dla wojska będzie możliwość budowania mieszkań a dla młodych robotników nie. Udało się uzyskać ten teren i zgodę na budowę. Towarzyszka „ciota” rewolucji przejęła się tym i udało się to załatwić.
To jest zalążek spółdzielczości po wojnie. Bo WSM to chyba w marcu przyszłego roku dopiero uzyskał zgodę na odtworzenie tej swojej działalności. Myśmy w ciągu pół roku zrobili projekt urbanistyczny tego Osiedla. Dwa pierwsze budynki były w pełni zaprojektowane i mogliśmy zacząć 15 czerwca pięćdziesiątego siódmego roku. W budynku naprzeciw stojącym, punktowcu pod nr 7, numer na bloku obowiązywał potem to już policyjne numery, położono kamień węgielny. Była wielka uroczystość, był ofiarodawca terenu – przedstawiciel wojska no i oczywiście prezydent miasta, władze dzielnicowe, w każdym razie z wielką pompą złożyliśmy tam butelkę z takim dyplomem, wystawionym, podpisanym, właściwie aktem erekcyjnym. No i to osiedle było budowane własnymi rękoma. Ten budynek (Szklanych Domów 7) i punktowiec obok były jednocześnie rozpoczęte. Teraz to jest numer 7 B.
Rozpoczęła się roczna wojna o materiały. To nie było łatwe. CRS nie wszędzie był zorganizowany, belki stropowe mieliśmy w Białymstoku. Tam była produkcja i zakład produkował dla CRS-u.
Tak się złożyło, że nie dawaliśmy w tempie rady tego realizować. Obiecano ludziom, że w dwa lata po zapisaniu się do spółdzielni będą pierwsze mieszkania. Po roku okazało się, że ten termin nie będzie możliwy. Prezes, pierwszym prezesem był Edward Goskrzyński vel Gosted, nie dawał sobie rady. W dalszym ciągu, równolegle pracował jako redaktor Sztandaru Młodych. Ludzie, którzy chcieli wstąpić do spółdzielni, ponaglali, on wyjeżdżał w delegacje dziennikarskie i w wyniku nagromadzenia kłopotów i konfliktu zrezygnował.
Następnym prezesem z nadania cioty rewolucji został Bilewicz, bodajże Tadeusz. Ja realizowałem to osiedle, na Olszynce Grochowskiej, na Brudnie, przy Toruńskiej też takie małe. Tam robotnicy FSO chcieli żeby blisko nich były te mieszkania. To się zresztą zaraz oddzieliło od Osiedla Młodych. Powstała tam też Spółdzielnia Robotnicza, ale chyba Praga Północ... już nie pamiętam dokładnie.
W ten sposób KBF Wschód przejął realizację, po przeszło roku spółdzielczości własnej i także wykonawstwo. Dyrektorem był wtedy dyrektor Buźko. Wtedy wykonawca zaczął narzucać swoje rozwiązania konstrukcyjne. Zaczynała się era dyktowania architektury przez wykonawstwo. I tak to osiedle powstawało. W grudniu 1959 roku budynki były już prawie przygotowane do oddania. Przy czym punktowiec z kamieniem węgielnym nie był pierwszym oddanym budynkiem. Oprócz tego przygotowywany był jeszcze klatkowiec i budynki stojące przy Garwolińskiej. W styczniu były mieszkania. Nastąpił przydział. Pierwszy numer przydziału jak pamiętam miała redaktor Wacowska, ona była też bez mieszkania, drugi numer miałem ja, ale ja jeszcze nie wziąłem tym razem.
W momencie kiedy zmienił się w KC personel (a to było w 57, jak przyszedł Gomułka). Od 59 roku mieszkałem w punktowcu, miałem mieszkanie dwupokojowe, na drugim piętrze, trzypokojowe właściwie bo to były dwa pokoje z wnęką.
Mój ojciec umarł w 56 roku. Rodzice z kresów przerzuceni mieszkali w województwie mazursko-pomorskim. Musiałem zabrać matkę z bratem z Kętrzyna. Zahandlowałem ze Spółdzielnią. Zaproponowałem nowemu zarządowi, że ja oddam to mieszkanie do ich dyspozycji a oni mnie przydzielą pracownię i kawalerkę obok dla matki i oni chętnie na to przystali, bo na kawalerkę mało chętnych było. Moje mieszkanie przydzielono członkowi zarządu. Matka dostała mieszkanie jako repatriantka, sprowadzana przez syna. Był taki p. profesor Kucharski, projektant nadzoru, który spowodował, że wejście do mojej przydzielonej pracowni – mieszkania było niższe niż obowiązujące 180, u mnie jest 175, ponieważ to jest wada ja zaproponowałem, że to przyjmę dla siebie tylko niech mi dadzą jeszcze stryszek i oczywiście się zgodzili. Umówiliśmy się, że będę korzystał z niego nieodpłatnie z powodu tej opuszczonej belki. I tu się wprowadziłem w niecały rok po tym, jak oddano budynek, w którym miałem pierwsze mieszkanie, dostałem w 1959 roku, a do pracowni wprowadziłem się w 1960 roku.
Zasada przyznawania lokali była taka, że kolejny numer wybiera sobie z istniejącego, oddawanego budynku mieszkanie. Reszta kandydatów to przeważnie aktywiści fabryk, ci, którzy tę młodzież organizowali. Wiem, że pracownicy, działacze, byli wszyscy ulokowani w tym pierwszym budynku. Na dole była taka dziewczyna, która w NAWIE – to Naczelna Organizacja Architektoniczna, dostała mieszkanie tam na parterze, już jedno z ostatnich, bo parterów to nikt nie chciał, to przechodził już jakby na następną kolejkę. Tak to obowiązywało do końca. Z tym, że obowiązywał normatyw. Normatyw raz na metraże poszczególnych pomieszczeń i normatyw na zasiedlenie.
Normatyw to jest norma, która limituje przydział. Przyszła twoja kolejka, wybieraj mieszkanie, ale musisz wybrać przydział który odpowiada przepisom kwaterunkowym. Czyli to było wtedy 11 metrów mniej więcej na osobę. Mieszkanie do 54 metrów kwadratowych było dla 5 osób. Dzisiaj to jest co innego, bo można sobie ile chcesz, tylko masz pieniądze, a wtedy pieniądze to było nieważne – wtedy było 10% wkładu własnej pracy. To ci tam brali urlopy, jechali do tego Kostrzynia, a ci, co nie mogli, bo mieli jakieś rodzinne komplikacje, to tutaj na osiedlu pracowali w tych wiatach, albo po południu przychodzili po swojej pracy w fabryce i do wieczora pracowali.
Ja wtedy pracowałem w Miasto-projekcie Stolica Wschód. Nasza pracownia była tam gdzie była siedziba zarządu. Dla nas pani – ciota rewolucji – załatwiła, że dostaliśmy siedzibę pierwszą na Smolnej, numeru nie pamiętam. To jest budynek naprzeciwko budynku partyjnego i tam była siedziba ZMP. Ponieważ to się rozsypało to centralę podzielili i część lokali myśmy dostali. I tam miałem taką pracownię, którą organizowałem również z ludzi, którzy pracowali w biurach projektów, a chcieli dostać jakieś mieszkanie. Ich przyjmowano do spółdzielni, bo to byli niezbędni projektanci, a teren był nieuzbrojony zupełnie, nie było ani wody, ani gazu, ani ciepła, nic. To osiedle było projektowane przez te osoby, które czekają na mieszkania. To trwało tam na Smolnej do czasu aż się Spółdzielnia podzieliła na tę część południową i na Pragę Północ. Wtedy nam wymówili lokal na Smolnej i dali lokal na Paca. Koło Kina, było Kino, za kinem był taki barak i w tym baraku było biuro.
Lokalizacja była fatalna. Po drugiej stronie ściany w biurze projektantów była rentgenowska przychodnia i jej ściana nie była izolowana. Skończyło się smutno. Kolega, który obsługiwał technicznie, Zieliński się nazywał, dostał raka po dwóch latach pracy przy tej ścianie w swoim biurze, na swoim miejscu pracy. Ja już później nie dawałem rady. Miałem do opracowania to osiedle, Olszynkę Grochowską, część na Brudnie.
Miasto Projekt, jak dostał zlecenia na rozbudowę terenu, który był za osiedlem „bezdomnych kochanków”, obecnie przy ulicy Wspólna Droga, powierzył także i mnie „pociągnięcie” tamtej strony. Tam jest ok. 10 budynków, które projektowałem już ja, ale oprócz tego, że mieliśmy do zaprojektowania budynki, to w pilnym trybie w ciągu 2 miesięcy trzeba było zaprojektować kotłownię dla tego terenu. Żeby kotłownię zaprojektować to trzeba wiedzieć jakie kotły będą potrzebne. Były starania o kotły. Wreszcie dowiedzieliśmy się, że na Muranowie demontują istniejącą, niedziałającą kotłownię, bo będą mieli ciepło z elektrowni na Powiślu. W każdym razie były do wzięcia 4 kotły. Z tym, że to były kotły z zasypem czyli trzeba mieć odpowiedni materiał, koks. Ale koks było bardzo trudno zdobyć, czarny węgiel trzeba było zdobyć i kotłownię tak zaprojektować i wybudować. Bo jak tutaj są w styczniu mieszkania oddawane, to one muszą być ogrzewane i były ogrzewane z własnej kotłowni.
Ta kotłownia miała żelbetowy komin 32-metrowy. Wcale niemała rzecz była wtedy załatwienie takiej budowy kotłowni. Trzeba było firmę z Krakowa ściągnąć, która buduje kominy i też na termin. To wszystko było opłacane – przez mieszkańców – mieszkanie w pierwszej kolejności i wszyscy dostosowali się, zrobili to tak, że były możliwości realizacji.
Ci, którzy robili uzbrojenie elektryczne byli z elektrowni i oni byli zainteresowani także mieszkaniami, kanalizacja – wodę doprowadził WOD-KAN, do tych wiat potrzebna była woda, była doprowadzona ekstra natychmiast, to było załatwiane przez tych ludzi, którzy byli na liście projektantów. Ona liczyła w końcu 32 osoby. To trzeba było ich tam jakoś segregować.
Ja zaczynałem pracę o szóstej rano w Miasto Projekcie i musiałem do czternastej siedzieć, potem tutaj, to tak trwało, aż mnie zmusili do odejścia z Miasto Projektu.
Jak to zmusili…
Kontrola NIK-u – ja byłem szkodnik gospodarczy, bo ja zorganizowałem te pracownie i to jest na szkodę Miasto Projektu. To odszedłem.
I co się dalej działo?
Na własne żądanie odszedłem, bo przyszedł dyrektor do mnie: Stefan – no co mamy robić – mamy nie zatrudniać szkodników – no i tak. To było.
Przeszedłem w ogóle do innego resortu. Resortu Rolnictwa do biura projektów, które projektowało budownictwo na wsi. To był rok 1962 lub trzeci. Osiedle już stało, było już zasiedlane. Ja zaprosiłem do współpracy i pomocy przy projekcie naszego Osiedla Kobylańskiego. Nie był zainteresowany mieszkaniem, bo miał dom na Żoliborzu. On za tę pracę tutaj miał pensję.
Jaki był interes, układ: ten, co projektował osiedle – po godzinach to dostawał mieszkanie w pierwszej kolejności. I tak też podostawali ci projektanci.
Za projekty robione prywatnie spółdzielnia płaciła 50 procent cennika, jaki obowiązywał dla Miasto Projektu. Czyli nasze wkłady były pięćdziesięcioprocentowe. Nasz zysk był taki, że za ten wkład wypracowany w spółdzielni myśmy nie płacili podatku. To przechodziło przelewem od razu na konto Spółdzielni. W ten sposób możliwe było w ciągu pół roku uzbrojenie tego terenu. A przypomnę, że teren ten pod budowę uzyskał Wacowski w kwatermistrzostwie warszawskim. Jakie to były znajomości, to myśmy się tylko domyślali. Jego ojciec był ewangelikiem a matka Żydówką. Więc dla Żydów był Żydem, a dla reszty nie. To wykorzystywał sobie odpowiednio. Zmusili go do wyjazdu z Polski w 1968. W jednej z pierwszych grup emigracyjnych wyjechał do Palestyny, przez przystanek i oczekiwanie w Wiedniu.
Ja w Bisprolu pracowałem już do emerytury. Po przejściu tam do pracy właściwie w trzy miesiące byłem szefem grupy specjalistów od budownictwa rolnego. Tak się składało, że ja okupację niemiecką przebyłem na wsi, w rolnictwie. Trochę na tym rolnictwie się znałem. Pracownia pod moim kierunkiem dostała nagrodę III stopnia Komitetu Urbanistyki i Architektury.
Za Osiedle dostaliśmy nagrodę z Tadeuszem (Kobylańskim) drugiego stopnia. To była pierwsza nagroda, jaką dostało osiedle mieszkaniowe po wojnie. Nagrody przyznawał KUA, urząd równoległy do ministerstwa – Komitet Urbanistyki i Architektury. Ministerstwo budownictwa zajmowało się wykonawstwem a Ministerstwo Rolnictwa zajmowało się także rolniczym budownictwem. Ja w 4 miesiące dostałem propozycję zastępcy dyrektora do spraw technicznych w Bisprolu. A Bisprol był większy nawet trochę od Miasto Projektu – Stolica Wschód. Pracownia była w Miasto Projekcie a zakład był równoległy pracowni, tylko trochę większy w Bisprolu, gdzie byłem najpierw jego kierownikiem a potem zastępcą dyrektora. Jako dyrektor pracowałem przez trzy lata. Minister Kopeć wtedy był w rolnictwie, od budownictwa. Z Miasto Projektu do Bisprolu przeszedłem na stanowisko kierownika działu głównych specjalistów najpierw nie na stanowisko projektanta. Tam byli specjaliści od hodowli bydła, od hodowli trzody i architekci, którzy projektowali duże fermy, modne wówczas. My projektowaliśmy dużą osadę dla personelu w Pszczelewicach, za którą zespół dostał nagrodę. Tam „odbębniłem” trzy lata na stanowisku dyrektora technicznego. Zrezygnowałem z tej funkcji ze względów finansowych, bo miałem połowę tego co miałem jako kierownik pracowni zakładu. Jako kierownik pracowni miałem pensję 11 tysięcy pięćset, a jako dyrektor techniczny pięć pięćset. Tak dyrektorom płacili. Mój dyrektor też wtedy miał tylko 6000 a ja byłem jego zastępcą. Inwestycjami Spółdzielni się nie zajmowałem. Aby zrezygnować z funkcji urzędniczej zastępcy dyrektora napisałem poprzez mojego dyrektora naczelnego do wiceministra Kopcia, aby skierowano mnie do produkcji, bo nie wytrzymuję tych prac biurowo administracyjnych i aby dał mi zgodę na rezygnację. Zgodził się pod warunkiem, że mu miałem zaprojektować bliźniak na Mokotowie. Tak też się stało. Postawił ten bliźniak za posag żony, sprzedał obrazy Kossaka. Też go „zjedli”, że sobie wybudował dom. Jeszcze przed skończeniem budowy zmarł na zawał. Drugą część bliźniaka zajął dyrektor budownictwa rolniczego czyli wykonawstwo rolnicze. On był „prawą ręką” ministra.
Ja przeszedłem w Bisprolu, z urzędnika na produkcję ponownie. Tam już mogłem sobie projektować. Projektowaliśmy całe zespoły budynków dla tych organizacji PGR- owskich, większość była projektowana dla instytutu zootechniki, który mieścił się w Krakowie, już nie liczę tych typowych projektów mieszkalnych, które w katalogu były umieszczane. To były budynki ośmiorodzinne, dwunastorodzinne. To były budynki do drugiego piętra włącznie.
A nazwa bezdomnych kochanków -?
Ta nazwa przylgnęła po prostu. Osiedle zawsze było osiedlem młodych ludzi z małymi dziećmi lub jeszcze nie, którzy nie mieli się gdzie podziać. Mieszkali w rozdzieleniu albo kątem u różnych ludzi itp.
My budując osiedle Młodych załatwiliśmy jeszcze jedną rzecz, która miała później wpływ na całe budownictwo w Polsce. Wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić zamiast 3,10 wysokość brutto stropu, zejść o 30 cm niżej czyli na dwa osiemdziesiąt. Zysk z w kubaturze przydzielić odpowiednio metrażowi wg normy na mieszkanie. Czyli jak ktoś miał mieszkanie M5 to było pięcioosobowe 52 metry to u nas dzięki tej obniżce wzrosło powierzchniowo o dwa, trzy metry, to zależało od wielkości mieszkania. W tej sytuacji u nas te M5 – piątki były 54-metrowe. W trzy lata od momentu kiedy rozpoczęliśmy budować na te dwa osiemdziesiąt to zmniejszono do dwóch pięćdziesięciu budownictwo kwaterunkowe i do dzisiaj to obowiązywało. Właściwie dzisiaj to już nic nie obowiązuje. Mają pieniądze, to robią jak chcą. Przez szereg lat tak było. Całe budownictwo płytowe to jest na dwa pięćdziesiąt plus 30 centymetrów strop.
Na tym osiedlu obowiązuje jednak wysokość 2,80 plus 30 cm na strop, tu i na tych dodatkowych Olszynka Grochowska i na Brudnie.
Skąd artyści w osiedlu? Była opinia, że są pracownie dla malarzy...
To jest pracownia, gdzie jesteśmy, pracownia dla architekta, gdzie mieszkam. Pracownia była nielimitowana. Tu sąsiadka obok ma 140 metrów, jej ojciec był artystą malarzem i zaproponował taki metraż dla swoich potrzeb. Takich mieszkań-pracowni jest w osiedlu 12, tyle, ile jest galeriowców wybudowanych. Że pracownie będą to my wiedzieliśmy już przy projektowaniu poddaszy. Warunkiem realizacji tego osiedla na Pradze Południe były trzykondygnacyjne domy. Pani Zarębska, naczelny urbanista dzielnicy, dyktowała wytyczne dla projektowania. My w wytycznych dostaliśmy trzecią strefę czyli budynki wszystkie trzykondygnacyjne. To było drętwe. Bez zróżnicowania. Myśmy wojnę toczyli i to w NAWIE- to już Tadeusz załatwiał, że się zgodzili, po porozumieniu się z Panią Zarębską, że będą także punktowce, które będą miały pięć kondygnacji. Dlaczego pięć? Bo do pięciu nie wolno było wind budować. W Olszynce Grochowskiej wywojowałem siedem, tam inna sytuacja urbanistyczna była. W punktowcach było miejsce zostawione na windy – dźwigi, dusza tak zwana, gdzie teraz obecny prezes realizuje dźwigi windowe już dwa zdaje się są. To były warunki nie do przekroczenia. Był jeszcze trzeci warunek, że od strony ulicy, zabudowy miejskiej nie będą budynki wyższe niż trzy kondygnacje. W tym budynku pracownie są poza trójką, one są wyżej, ale dlatego mają dach stromy z tamtej strony. Jeden ze schronowców od strony działki ma 5 kondygnacji a od strony ulicy ma trzy kondygnacje i w dachu ma wykusze gdzie były sanitariaty i kuchnie. Warunków jeszcze było kilka: że będzie wydzielony teren pod przedszkole, usługi. Jak zaczęła się przejściowa swoboda, lata dziewięćdziesiąte, to dobudowano jeszcze dwa punktowce z frontu.
O co chodzi z tymi schronowcami?
To osobna historia. Te nasze trzypiętrowe budynki, każdy obsługuje tzw. kwiatek. Schrony tam zaprojektowane pomieszczą mieszkańców z tych czterech budynków. To wspólny jeden schron z jednymi urządzeniami filtracyjnymi, woda doprowadzona ekstra, wyjście ekstra. Taki schron to była ściana żelbetowa 50 cm, nasze ściany mają 38, strop był 40-centymetrowy, żelbetowa płyta na krzyż zbrojona, na całym budynku. Goskrzyński załatwił w TOPLU Terenowa Ochrona Przeciwatomowa, przeciwlotnicza – osobny urząd, że będą schrony dla kompleksów 4 budynków, czyli dla tzw. kwiatka.
To dawało oszczędności w realizacji. Punktowce od początku nie miały schronów. Są różnice wejścia do schronów, raz od południa, kiedy w pobliżu ulicy, raz od północy. Są więc cztery kompleksy- schronowce.
Ja byłem głównym autorem zespołu projektantów, który liczył w sumie około ośmiu osób. Jeden był na etacie spółdzielni. Drugi był który obsługiwał dokumenty, kserował, przygotowywał. Osiedle było pierwszą spółdzielnią mieszkaniową po wojnie. To były lata 1956/57.
Nie byłem partyjny, ale w KC miałem duże uznanie. Ten budynek z gliny, materiałów na bazie gliny to miał 30 mieszkań dla pracowników szpitala w Tworkach. Później szpital całą swoją planowaną dalszą architekturę przeniósł do Bisprolu, za mną. Sam projekt tego gliniaka był w Bisprolu zrobiony. Byłem kierownikiem pracowni wielobranżowej. Projektowanie budynku gliny wymaga do współpracy konstruktora i architekta, którzy się na tym znają. Nasz zespół Kobylański i ja byliśmy podlegli w projektach profesorowi Gutowi, on ostateczny kształt akceptował i podpisywał.
W samej Warszawie ile pan budynków zaprojektował, które Osiedla?
Nie liczyłem ale... dobijam do setki. W Warszawie projektowałem dużo, moich zupełnie autorskich projektów, wybudowanych będzie pewnie gdzieś około siedemdziesięciu plus ewentualnie wykorzystanie z katalogu moich projektów typowych. Wśród architektów nie było popularne projektowanie typowe, raczej to było na indeksie, bo to zabierało im chleb. Tak mówili, że kupują gotowy projekt, zamiast płacić kilka tysięcy za indywidualną pracę i jednorazowy projekt to płacą 100 zł ze wszystkimi branżami elektryczność, woda, gaz, elektryczność, konstrukcja i architektura. Koszt odbitek był podobny. Koszty projektowania typowego były zawsze z mnożnikiem 2.
Projektowanie prywatne to było 0,5 cennika. Ale to też były pieniądze. Przeszło tysiąc złotych wypadało za taki domek szeregowy powiedzmy. Typowego projektu to architekt nie mógł odmówić zatwierdzenia w swojej dzielnicy. To było zatwierdzane przez ministra, w związku z tym projekty typowe nie cieszyły się sławą jako dobre rozwiązania.
W pracowni projektowej osiedla było dobrze. Mieliśmy lokal na Smolnej, później na Paca skąd przeniesiono nas na Grenadierów. Tam do dziś mieści się biuro, które też handluje mieszkaniami, zamianą ich itd. Praga się rozrosła i realizowana była przez jednego wykonawcę, dyrektora Buźko dyrektora KBM-u Wschód i drugi taki był KBM-u Północ, to był tamten z południową Pragą.
Jaka wtedy była Warszawa?
Była zniszczona! Wszystko jedno co, aby budować, aby szybciej! Nie było z czego, to będziemy z gliny. Dlaczego Osiedle nie jest z gliny? Jak dostali lokalizację z wykopów porobili próbki: nie ma gliny, jest piasek, dobry piasek do posadowienia, do produkcji ewentualnie cegły cementowej, pustaków cementowych, to tutaj można z miejscowego materiału, piasku korzystać. Na Osiedlu początkowo było jeziorko, tam gdzie teraz jest okrąglak, sklep, była sadzawka i karasie łapali, przychodzili na ryby jak my przejmowaliśmy ten teren.
Jeśli chodzi o wymogi to obowiązywały trzy kondygnacje od ulicy, potem pięć kondygnacji i na tym skończyliśmy. Bo po przeciwnej stronie osiedla Szaserów jest szkoła, żłobek, budynki użytkowane przez okolice. Tamtą część też mój kolega projektował. Później zarząd Osiedla przejmował wszystkie inwestycje. Właściwie wyręczał kwaterunek. Coraz mniej było realizacji finansowanych przez Państwo a coraz więcej było takich jak Osiedle Młodych, cała spółdzielnia nauczycielska bodaj w roku 57, Spółdzielnia nauczycielska to była zabudowa tam dookoła Sejmu.
U nas była taka klauzula, że będzie wybudowany budynek socjalno-administracyjny. Miał być zrealizowany tu gdzie teraz jest ten ogródek gimnastyczny, gdzie stoją przyrządy do rehabilitacji i ten dziecinny teren, ogrodzony do zabaw. Administracja tego Osiedla, tylko tego. Parter miał być pięcio, sześciopokojowy dla biura a piętra miały być socjalne. Na pierwszym piętrze miał być lekarz, pokój dla przychodzącego lekarza, pokój pielęgniarek miał być chyba stały. Ten plan był ustalany z towarzyszką Pawlak-Finderową, bo ona w warunkach udzielenia zgody na spółdzielnię budowlaną wstawiła też konieczność budynku socjalnego. Pierwsze nasze poczynania to próby wstawienia tego budynku w projekt. Odbyła się w 57 roku rada techniczna tych planów, na którą była zaproszona Pani Finderowa i ona naniosła też swoje uwagi. Ja gdzieś mam protokół z tej rady, ja na niej nie byłem, ale był Tadeusz Kobylański.
Wtedy byłem na wycieczce dookoła Europy, którą organizował Miasto Projekt. Poprzyjmowano z Ministerstwa finansów jakieś osoby, które warunkowały przydział na ten wyjazd. Dostaliśmy przydział konserw na podróż. To były duże puszki szynki, pięciokilowe, jakieś schaby były i inne, nie mówiąc już o kaszy... Autobus, przegubowiec FIATA, który mieścił 73 osoby na wycieczkę zabrał 46. Wycieczka trwała przeszło miesiąc. Pojechaliśmy przez Czechosłowację, Austrię, Włochy. We Włoszech odwiedziliśmy nasze polskie cmentarze, na Monte Cassino, byliśmy również w Bolonii na cmentarzu polskim, potem przejechaliśmy do Francji, w miejscowości kasyna, potem do Paryża, oglądaliśmy historyczne miasteczka po drodze do Belgii. Tam zakwaterowaliśmy się w Ambasadzie Polskiej. Tam wtedy Ambasadorem był jakiś pracownik biura projektów czy jakiegoś urzędu. Z Belgii jechaliśmy przez Zachodnie Niemcy do NRD dojechaliśmy tam a 22 lipca, kiedy w sali ambasady był bankiet a my w tej sali musieliśmy nocować. Musieliśmy ją potem uprzątnąć z butelek i przedmiotów bankietu aby przenocować.
Oficjalnie nie mieliśmy przewodnika ani tzw. „opiekuna” politycznego. Ale byli ludzie z ministerstwa finansów i z bezpieki najprawdopodobniej. Oglądanie organizowała trzyosobowa komisja.
Nasz dyrektor biura projektowego, jakiś urzędnik z ministerstwa budownictwa to drugi i trzeci to przedstawiciel SARP-u. Oni chodzili tam wydębić zgodę. Bo to trzeba było specjalnej zgody na taki wyjazd. Pokrywało się to z potrzebą przeglądu gwarancyjnego autobusu Fiata. Przegląd był w jednym z włoskich miast... po drodze. Myśmy jechali z południa na francuską stronę. Miałem mnóstwo zdjęć z wyjazdu. Był jeszcze jeden architekt w tej grupie oprócz mnie. Wysiadł z autokaru i zabłądził, Piątek się nazywał. Z naszego biura wojewódzkiego z Warszawy. Odstawili go na granicę już po naszym przejeździe. Poszedł do lasku i zabłądził i rezultat był taki, że kierowca odjechał, bo stał w miejscu, gdzie nie powinien stać, to była szybka trasa łącząca Paryż przez Brukselę z NRD. To był rok 1957. Projektowanie osiedla było w toku. Ciechanowicz pojechał żeby się nauczyć jak wygląda projektowanie w świecie... bo on tu projektuje…Spółdzielnia z tym wyjazdem nie miała żadnego związku. To był jeden z pierwszych wyjazdów po wojnie. Musieliśmy mieć paszporty i do każdego kraju, wizę Austria, Włochy, Belgia, obecny NRF to wszystko musiało być ostemplowane. W NRD nie musiano stęplować.
Co oglądaliście?
Wszystkie zabytki. Ta podróż była niezwykłym wydarzeniem w tych latach. Jeszcze potem była „spowiedź”. Pojedynczo były wezwania, się chodziło. „Co Pan może powiedzieć o Zachodzie?” O Zachodzie to ja mogę o budownictwie mówić. „Nie, nas to nie interesuje”. No cóż ja mogę więcej powiedzieć, byliśmy tam, zwiedzaliśmy gromadnie, z nikim się nie kontaktowałem i tyle.
Mówi się, że to osiedle artystów... skąd to się wzięło…?
Tu się wprowadził profesor ASP p. Kucharski który dostał podobną pracownię, mieszkanie, jak ojciec p. Doroty Brodowskiej, dostał jeszcze piwnicę jako pracownię ceramiczną, miał tam piece specjalne. On sprowadził, zachęcił do zamieszkania tutaj panią Teresę (Krzywicką?), która wtedy „zabawiała się” meblościankami, projektowała. Tu jeszcze była pani, która projektowała w kamieniu, artystka, też z Akademii Sztuk Pięknych. Dostała nagrodę specjalną, już nie żyje, ona też była na liście projektantów. Kobylański wrócił wtedy z Algieru. On był adiunktem wówczas na ASP, specjalistą od architektury wnętrz. Na te pierwsze przydziały musiała być czynna kotłownia i a kotłownia i była. Równolegle powstawała. Lista projektantów, to była enklawa, wszyscy mieli wyższe wykształcenie. Było mnóstwo spraw do zorganizowania. Trzeba było dociągnąć oświetlenie także. Bez oświetlenia nie mogła ruszyć produkcja materiałów budowlanych. Potem porozumiano się z cegielnią w Stramicy, cegielnia poniemiecka. Była tam jakaś glina składowana. Glina żeby nadawała się do przeróbki to musi co najmniej rok przezimować. Cegielnię „nadał” pełnomocnik rządu do spraw gliny, inżynier Hyra, który wiedział gdzie jakie cegielnie są do sprzedania. On później tutaj był jakiś czas kierownikiem budowy i przywożono cegłę do osiedla. Cegielnię kupili, a recenzje rzeczoznawców okazały się negatywne ale to już po kupieniu. Obok szpitala budowała się bocznica kolejowa, podchodziła tutaj blisko na wysokości obecnej kostnicy szpitala, budynku pogrzebowego. Potem realizacje budynków przejęła KBM i cegielnię sprzedali.
A ulice, ich nazwy?
Garwolińska istniała. Nie istniała Szklanych Domów, Romea i Julii, Wspólna Droga.
Ile Pan miał lat jak tu zaczął pracę?
Jestem z 1928, miałem około trzydziestki. Najpierw pracowałem 8 lat w biurze budownictwa miejskiego ZOR, to się nazywało Zakład Osiedli Robotniczych, to było na Wierzbowej Centralne Biuro i to biuro nam urząd podzielił na biura dzielnicowe. Myśmy dostali wschód. Nie tylko Warszawa. Starówka Lubelska jeszcze była obsługiwana przez nas.
Wtedy byłem w pracowni konstrukcyjnej. Proponować mogłem z materiałów tylko cegłę cementówkę i rozbiórkową. Karierę to ja zacząłem jeszcze w liceum budowlanym na Hożej. Prawie o 4 lata dłużej się studiowało w tym liceum ale to dawało chleb od razu po wyjściu. Techników rozchwytywali. Ja zacząłem pracować w maju 1949 roku w pracowni konstrukcyjnej od bardzo prozaicznej funkcji. Byłem przepisywaczem z rękopisów obliczeń statycznych na kalkę. Tego trzeba było 5 egzemplarzy złożyć. Wszelkie inne zmiany były wnoszone do dziennika budowy przez autorów. Często znajdowałem jakiś błąd w tej podkładce, którą przepisywałem na kalkę… i tym sposobem przeniesiono mnie do robienia rysunków konstrukcyjnych to był ten następny etap. Kiedy dostałem pierwszą wypłatę, poszedłem do kierownika z pytaniem, czy tu nie ma pomyłki. Bo dostałem 40 tysięcy netto wypłaty na rękę. Wówczas zarobek przeciętny, miesięczny urzędnika to było ok 8 tysięcy. Za przepisanie na czysto to była norma 10% tego co brał projektant.
Ja za te pieniądze pamiętam jak dziś kupiłem dwa odbiorniki TESLA radiowe. Jedno dla rodziców, bo jeszcze ojciec żył a drugie dla siebie, płaszcz dla siebie z samodziału na Marszałkowskiej, chodziłem w takiej unrowskiej wiatrówce i zegarek u Pazderskiego w Alejach Jerozolimskich, to był jeszcze przedwojenny sklep. Parter był niezburzony. Stary zegarmistrz. Ten zegarek kosztował chyba 12 tysięcy, Tisot. Do dzisiaj chodzi ale już nie mam siły w palcach go nakręcać.
Wtedy to dla mnie było nienormalne – zaskakujące taka wypłata. Ja miałem podczas nauki do przeżycia wtedy niecałe 2 tysiące miesięcznie, które rodzice mi przysyłali i nagle taka wypłata. Miałem służbówkę. Przyjechałem do Warszawy 2 września 1945 roku. A w tej pierwszej pracy kierownik dzielił pieniądze, które były na akord. Wtedy wszyscy projektanci mieli powyżej 10 tysięcy. Zarabiali czasem i po 50 tysięcy naraz. Też tak było. Tak że moje 40 wtedy w tym biurze nikogo nie zdziwiło. To było Centralne Biuro projektów ZOR – w Pałacu Nieprosa na Wierzbowej. Bisprolu już też nie ma.
Projektując to osiedle miałem nawał rysunków i był podział tu na projektanta i na technika.
Praca tu to była moja pierwsza większa realizacja. Ta lokalizacja to było szczęście, które dostaliśmy. To było to co myśmy rzeczywiście wymyślili.











































